ZADANIE - Ą, Ę:
WEJDŹ W LINK:
https://wordwall.net/pl/resource/11864064/polski/%c4%85%c4%99
Przesyłam pomoce naukowe, które pomogą Wam zrozumieć "Dziady" cz. II (czytamy na 25.11.).
FILMIK: https://www.youtube.com/watch?v=PkrEoGnLaz0
FILMIK: https://www.youtube.com/watch?v=uCjsLTlGanE
PREZENTACJA: https://view.genially.com/607c353333338f0d2474e9c5/presentation-dziady-cz-ii
Na ulicy Miodowej co dzień około południa można było spotkać jegomościa w pewnym wieku, który chodził z placu Krasińskich ku ulicy Senatorskiej. [...] Ten jegomość był to — pan Tomasz [...] Pan Tomasz trzydzieści lat chodził ulicą Miodową i nieraz myślał, że się na niej wiele rzeczy zmieniło. Niezależnie od kontraktowych zastrzeżeń pan Tomasz wzywał do siebie każdego nowego stróża i przeprowadzał z nim taką mniej więcej rozmowę: — Słuchaj no, kochanku… A jak ci na imię?… — Kazimierz, proszę pana. — Słuchajże, Kazimierzu! Ile razy wrócę do domu późno, a ty otworzysz mi bramę, dostaniesz dwadzieścia groszy. Rozumiesz?… — Rozumiem, wielmożny panie. — A oprócz tego będziesz brał ode mnie dziesięć złotych na miesiąc, ale wiesz za co?… — Nie mogę wiedzieć, jaśnie panie — odpowiedział wzruszony stróż. — Za to, ażebyś na podwórze nigdy nie puszczał katarynek. Rozumiesz?… [...]Młodszą z nich i przystojniejszą dziewczynka nazywała mamą, a starszej mówiła: pani.I u mecenasa, i u nowych lokatorów okna przez cały dzień były otwarte. Kiedy więc pan Tomasz usiadł na swoim fotelu, doskonale mógł widzieć, co się dzieje u jego sąsiadek. Były tam sprzęty ubogie. Na stołach i krzesłach, na kanapie i na komodzie leżały tkaniny przeznaczone do szycia i kłębki bawełny na pończochy. Dziewczynka zwykle siedziała przy oknie. Było to dziecko z ciemnymi włosami i ładną twarzyczką, ale blade i jakieś nieruchawe.Pan Tomasz nie widział nigdy, ażeby dziecię to śpiewało lub biegało po pokoju, nie widział nawet uśmiechu na bledziutkich ustach i nieruchomej twarzy [...] “KATARYNKA” - ŚWIAT PRZEDSTAWIONY W LEKTURZE
WYPEŁNIJ:
MIEJSCE -
CZAS -
FABUŁA -
BOHATEROWIE
Niezależnie od kontraktowych zastrzeżeń pan Tomasz wzywał do siebie każdego nowego stróża
i przeprowadzał z nim taką mniej więcej rozmowę: — Słuchaj no, kochanku… A jak ci na imię?… — Kazimierz, proszę pana. — Słuchajże, Kazimierzu! Ile razy wrócę do domu późno, a ty otworzysz mi bramę,
dostaniesz dwadzieścia groszy.
Rozumiesz?… — Rozumiem, wielmożny panie. — A oprócz tego będziesz brał ode mnie dziesięć złotych na miesiąc, ale wiesz za co?… — Nie mogę wiedzieć, jaśnie panie — odpowiedział wzruszony stróż. — Za to, ażebyś na podwórze nigdy nie puszczał katarynek. Rozumiesz?… — Rozumiem, jaśnie wielmożny panie” II FRAGMENT: „Gdyby zmarły X wstał z grobu, odzyskał przytomność i wszedł do gabinetu,
aby pomóc mecenasowi w rozwiązywaniu trudnych zagadnień,
z pewnością pan Tomasz nie doznałby takiego uczucia jak teraz, gdy usłyszał katarynkę!… I żeby to przynajmniej była katarynka włoska, z przyjemnymi tonami fletowymi, dobrze zbudowana,
grająca ładne kawałki!
Gdzie tam! Jakby na większą szykanę katarynka była popsuta,
grała fałszywie ordynaryjne walce i polki, a tak głośno, że szyby drżały.
Na domiar złego, trąba, od czasu do czasu odzywająca się w niej, ryczała jak wściekłe zwierzę. Wrażenie było potężne. Mecenas osłupiał. Nie wiedział, co myśleć i co począć.
Chwilami gotów był przypuścić, że przy odczytywaniu pośmiertnych rozporządzeń chorego
na umyśle obywatela X jemu samemu pomieszało się w głowie i że uległ halucynacjom. Ale nie, to nie były halucynacje. To była rzeczywista katarynka, z popsutymi piszczałkami
i bardzo głośną trąbą! W sercu mecenasa, tego wyrozumiałego, tego łagodnego człowieka, zbudziły się dzikie instynkty.
Uczuł żal do natury, że go nie stworzyła królem dahomejskim,
który ma prawo zabijać swoich poddanych, i pomyślał,
z jaką rozkoszą położyłby w tej chwili kataryniarza trupem! A ponieważ u ludzi tego temperamentu, co pan Tomasz,
bardzo łatwo w gniewnym uniesieniu przechodzi się od zuchwałych
projektów do najstraszniejszych czynów,
więc mecenas skoczył jak tygrys do okna i postanowił — zwymyślać kataryniarza najgorszymi wyrazami. Już wychylił się i otworzył usta, aby krzyknąć: „Ty… próżniaku jakiś!…”
— gdy wtem usłyszał dziecięcy głos. Spojrzał naprzeciwko. Mała niewidoma dziewczynka tańczyła po pokoju, klaszcząc w ręce.
Blada jej twarz zarumieniła się, usta śmiały się,
a pomimo to z zastygłych oczu płynęły łzy jak grad.” III FRAGMENT: „Mecenas odwrócił się do stróża i rzekł ze zwykłą sobie flegmą, choć był trochę blady: — Słuchaj no, kochanku… A jak ci na imię?… — Paweł, jaśnie panie. — Otóż, mój Pawle, będę ci płacił dziesięć złotych na miesiąc, ale wiesz za co?… — Za to, ażebyś na podwórze nigdy nie puszczał katarynek! — wtrącił śpiesznie lokaj. — Nie — rzekł pan Tomasz. — Za to, ażebyś przez jakiś czas co dzień puszczał katarynki. Rozumiesz? — Co pan mówi?… — zawołał służący, którego nagle rozzuchwalił ten niepojęty rozkaz. — Ażeby, dopóki się z nim nie rozmówię, puszczał co dzień katarynki na podwórze
— powtórzył mecenas wsadzając ręce w kieszenie”.